Moja zimowa Alzacja - Izabela Rabehanta

„…Ciche zazwyczaj miasto wypełniał przyjemny gwar, a ciemne na ogół o tej porze uliczki rozświetlały miliony lampek. Nie wspominając o świątecznych dekoracjach, zapachu grzanego wina oraz mnóstwie stoisk z najróżniejszymi drobiazgami i artystycznymi przedmiotami. Tego wieczora zakochałam się w Alzacji po raz kolejny.” Takim wstępem Izabela Rabehanta otwiera swój przewodnik po atrakcjach zimowej Alzacji, malowniczym regionie Francji. Kiedy tylko przeczytałam ten fragment przywdziałam ulubiony, gruby sweter, zaparzyłam aromatyczną herbatkę Père Noël, a z głośników popłynął ciepły, zamszowy głos Michael’a Buble w świątecznej składance. W listopadzie…!




Po cichu muszę przyznać, że takiego efektu oczekiwałam. Rozmarzenia, przeniesienia się w czasie do długich, zaśnieżonych grudniowych wieczorów, zapachu pieczonych pierniczków, grzanego wina. I po tym pięknym wstępie przeżyłam małe rozczarowanie. Bo „Moja zimowa Alzacja” to przewodnik. Taki z informacjami o parkingach, godzinach otwarcia i cenach biletów. I niby o tym wiedziałam, ale jednocześnie się tego nie spodziewałam. Bo jakże sobie zaprzątać głowę takimi przyziemnymi szczegółami, kiedy trafiło się do świątecznej kuli śnieżnej, ilustracji z „Opowieści wigilijnej” i piernikowej chatki na raz! Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że, żeby te szczegóły nie urosły do rozmiaru przeszkód nie do pokonania, właśnie taki przewodnik przyda się najbardziej. Żadne słowo i tak nie odzwierciedli w pełni klimatu panującego na marché de Noël (jarmarku świątecznym), nie pozwoli nam ugryźć apetycznych bredeles (ciasteczek korzennych) ani zdegustować Pinot Noir czy Rieslinga. Tam trzeba pojechać i zabrać ze sobą alzacki przewodnik, żeby niczego nie ominąć.

Jarmark w Strasburgu, baśniowy Park Wesserling, muzea piernika w Gertwiller oraz lodowisko w Miluzie na pewno znalazłyby się na mojej trasie zwiedzania Alzacji zimą. A dzięki Izabeli Rabehancie wiedziałabym, w jakich godzinach są otwarte, gdzie należy dokonać rezerwacji i jak najlepiej w te miejsca dojechać.  Organizacja ciekawej podróży to wielkie wyzwanie. „Moja zimowa Alzacja” ogromnie to ułatwia: znajdziemy w niej nie tylko bardzo dużo przydatnych informacji, o których już wcześniej wspominałam, ale również linki do stron, aby upewnić się, czy wszystko jest aktualne, proponowane trasy przejazdów między Alzacją, a pobliskimi miastami szwajcarskimi i niemieckimi, poradnik dla kierowców (wyposażenie samochodu, odnośnik do instrukcji jak zachować się podczas kontroli pojazdu), zgrabnie podane zasady savoire-vivre’u podczas degustacji w piwnicy winiarskiej, podstawowe zwroty przydatne w zimowych i świątecznych okolicznościach, porady na temat zdrowia na wakacjach, ważnych numerach i adresach, a nawet spis lokalizacji z dostępem do wi-fi! I trzeba jeszcze dodać, że wszystko to jest przekazane z wyczuwalnym zapałem i zaangażowaniem autorki, jakbyśmy byli jej najlepszymi przyjaciółmi, i chciała, aby nasze zwiedzanie udało się jak najlepiej. Abyśmy pokochali to miejsce tak mocno jak Izabela Rabehanta i dzielili się tą miłością z innymi.

Kolejnym atutem przewodnika są piękne ilustracje autorstwa Magdy Jeziorskiej z Rudoróżu, a w wersji VIP (który otrzymałam w konkursie Kasi z Bretonissime, jeszcze raz dziękuję!) również dodatki: Planer podróży, Pamiętnik z podróży, kolorowanki, plakaty i tapety. Przyznam tylko, że nie do końca rozumiem podział przewodnika na trzy części: praktyczną, turystyczną i kulturową. Wszędzie są zawarte przecież praktyczne informacje dla turysty, więc to rozróżnienie trochę mnie zdziwiło. Miałam też trudność ze znalezieniem potrzebnych mi informacji przy pisaniu tego tekstu, choć tłumaczę to sobie tym, że korzystam tylko z wersji elektronicznej. Gdybym wybierała się w podróż wydrukowałabym zapewne potrzebne fragmenty, aby nie scrollować tam i z powrotem całego tekstu (ach, to przywiązanie do papieru!).   



Na koniec chciałam pogratulować autorce „Mojej zimowej Alzacji” wykonania wspaniałej pracy i podkreślić jak bardzo zachwyciło mnie jej zaangażowanie w przybliżenie Polakom tego regionu (jest to bowiem pierwszy przewodnik po Alzacji w języku polskim). A jeśli po lekturze przewodnika czujemy niedosyt, a podróż do Francji (na razie!) jest niemożliwa, możemy poznawać  Alzację dzięki blogowi Moja Alzacja, lub, co zamierzam w najbliższej przyszłości, oddać się beztrosko kolorowankom przy kubku grzanego wina.

Czytaj dalej...

Wyjątkowi - Meg Wolitzer

Lata ’70 ubiegłego wieku. Letni obóz dla wybitnie uzdolnionej młodzieży co wieczór utula mgiełka palonej marihuany. Grupka uczestników spotyka się w jednym z tipi, nietypowym zakwaterowaniu dla obozowiczów, dyskutując na różne tematy, snując plany na przyszłość i poznając – innych, a także siebie.




Wśród nich jest pochodząca z ubogiej rodziny i będąca na obozie dzięki stypendium Jules. Ta niepewna siebie dziewczyna zyskuje odwagę stojąc na deskach sceny teatralnej. Tak rodzi się jej marzenie, aby zostać aktorką komediową. W tipi są również Ash i Goodman – rodzeństwo z bogatej i dobrze ustawionej rodziny. Los zgotował im świetlaną przyszłość, lecz ich życiorysy ułożą się skrajnie różnie. Ash, choć nie bez problemów i trudności, będzie wiodła dostatnie, a nawet luksusowe życie, z kochającym mężem, dziećmi i przyjaciółką Jules u boku, realizując swoją pasję. Goodman natomiast ściągnie na siebie kłopoty, przez które jego życie stanie się udręką dla niego samego i jego najbliższych. Ethan ćwiczy na obozie swoje wybitne zdolności rysownika. Pod okiem współpracownika Walta Disney’a tworzy swoje pierwsze filmy animowane i wygląda na to, że odniesie na tym polu ogromny sukces. Zaprzyjaźnia się również z Jules i Ash, i dla obu zostanie do końca życia bardzo ważną osobą. Tak samo jak Jonah, cichy, delikatny i skromny, uzdolniony muzycznie syn sławnej piosenkarki folkowej. Wśród ekipy  z tipi jest również Cathy – piękna tancerka, która przez zbyt kobiecą budowę ciała nie może realizować w pełni swojej pasji. Z tego samego powodu niebawem spotka ją traumatyczne przeżycie, po którym długo nie będzie mogła się pozbierać, i przez które straci obozowych „przyjaciół. No właśnie, czy można mianem przyjaciół nazwać grupę ludzi, która dla wygody własnego swojego sumienia, z niechęci do odkrycia prawdy i niesienia pomocy, odwróci się od tej młodej dziewczyny, żeby zająć się swoimi problemami? Czy można mówić o przyjaźni, jeśli ludzi połączył jedynie obóz letni we wczesnej młodości, a dzieli niemal wszystko: począwszy od statusu społecznego i wrażliwości, przez sukcesy życiowe, pasje i marzenia? O ile te przeszkody da się jeszcze pokonać, to zazdrość, zaślepienie własnymi żądzami, wygodnictwo oraz mniemanie o swojej wyjątkowości, powinny zniszczyć wszelkie dobre relacje, albo w ogóle nie dopuścić do ich nawiązania. Tak się jednak nie stało. Ich (specyficzna) przyjaźń przetrwała wiele i utrzymała tych ludzi razem na całe życie. Trwanie w takich niezdrowych relacjach może zaskakiwać, albo być dowodem na bezwarunkową miłość, lojalność i wytrwałość. Przyznam jednak, że o tej drugiej, optymistycznej wersji, pomyślałam dopiero pisząc ten tekst. Bo czytając „Wyjątkowych” zastanawiałam się raczej, czemu ta grupa, a zwłaszcza Jules z Ash, pozostaje w ogóle w kontakcie ze sobą, skoro ich relacje są tak męczące, albo po prostu zbędne.



Tyle się rozpisałam o charakterystyce bohaterów, bo to ona właściwie była głównym tematem książki. Gdyby ktoś poprosił mnie o streszczenie wydarzeń powieści, nie wiedziałabym co powiedzieć. Tyle drobnych spraw i sytuacji się w niej namnożyło, a jednak nic nie stało się zbyt istotne, ani nie stworzyło jakiejś całości. Na opisie z okładki możemy przeczytać, że to „uniwersalna opowieść”. I wydaje mi się, że ta uniwersalność to jedyne co ją definiuje, a nawet w pewien sposób przerasta – w nijakość.


Tę książkę Meg Wolitzer poleciłabym miłośnikom historii i kultury Nowego Jorku, a także okresu „dzieci kwiatów”. Te klimaty i aspekty są opisane w ciekawy i obrazowy sposób i mogą szczerze zainteresować. Myślę, że to właśnie dzięki nim (i próżnej nadziei, że „coś” się jednak wydarzy) dotrwałam w ogóle do końca. Przez większą część lektury miałam bowiem wrażenie, że tracę czas i niczego nie zyskuję. I choć nie  miałam co do „Wyjątkowych” wygórowanych oczekiwań, bo wcale nie planowałam czytać tej powieści, zawiodłam się. Zapewne to przypadek, że losowo wybrana książka mi się nie spodobała, ale być może to znak od Matki Wszystkich Czytelników, żeby lepiej planować, co zamierzamy czytać…? ;) 
Czytaj dalej...

Ten Inny - Ryszard Kapuściński

Zawsze, gdy sięgam po kolejne dzieło mistrza reportażu, zastanawiam się, czemu nie czytam tylko i wyłącznie jego twórczości. Tak było i tym razem, gdy zagłębiałam się w wykładach Kapuścińskiego, wygłoszonych w Wiedniu, Grazu i Krakowie w roku 1990, 2003 i 2004. Znalazłam w nich nie tylko wszystko, czego szukam jako czytelnik, ale również to, czego powinien pragnąć każdy człowiek.




Kapuściński porusza w nich bliską mu tematykę – spotkania z drugim człowiekiem. Z człowiekiem innej narodowości, o innym kolorze skóry, tradycjach, wyznaniu, obyczajach. O strachu, jakiego trzeba się wyzbyć przed spotkaniem Innego. Mówi o spotkaniach ludzi w różnych epokach i na różnych kontynentach. O kolonizacji, podbojach i o odgradzaniu się od świata murem. Opowiada o podróżnikach podejmujących się misji poznania Innych – misji pokojowych, podjętych w ufności do drugiego człowieka. O filozofach, przełamujących stereotypowe postrzeganie Innego – traktowanie go z szacunkiem, życzliwym zainteresowaniem i odpowiedzialnością, zamiast jak na łatwy zarobek, zbędną rzecz (w skrajnych przypadkach) czy po prostu z niechęcią. Kapuściński zwraca uwagę, że przy spotkaniu z Innym potrzebne są duże pokłady dobrej woli i otwartości, i przekonuje, że warto podjąć ten wysiłek. Przypomina najstraszniejsze momenty w historii ludzkości, kiedy całe zło i cierpienie było spowodowane ksenofobią, rasizmem, egoizmem i niedostrzeganiem w Innym istoty ludzkiej.

Kapuściński przytacza również filozofię dialogu księdza Józefa Tischnera, przeciwstawiającą się postawie „zamykania się w swoim prywatnym, egoistycznym ja, w szczelnie izolowanym kręgu, w którym można by zaspokajać swoje popędy i zachcianki konsumenta.” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2006, str. 58) Warto w mijanym na ulicy tłumie, szarej bezkształtnej masie, dostrzec jednostki, których spotkanie powinno być dla nas ważnym wydarzeniem.  Wyzbyć się arogancji, zbliżyć, nawiązać relacje. Bo tego nic nie jest w stanie zastąpić.

Wykłady opowiedziane są w przystępny sposób, tekst jest harmonijny, można wyczuć w nim spokój i ład. Kapuściński dzieli się w nich ze słuchaczami (a później czytelnikami) spostrzeżeniami z całego swoje życia. Robi to bez zarozumiałości, z uwagą i ogromną mądrością. Każdemu polecam przeczytanie chociaż jednego wykładu. „Doczłowieczenie” się, odkurzenie swojej wrażliwości. Rozpaczliwe jest to, że wciąż można powtórzyć za Czesławem Niemenem:

Dziwny jest ten świat, 
gdzie jeszcze wciąż 
mieści się wiele zła. 
I dziwne jest to, 
że od tylu lat 
człowiekiem gardzi człowiek.”


Mam jednak nadzieję, że dzięki takim tekstom jak „Ten Inny” Ryszarda Kapuścińskiego, z mocą będzie można dośpiewać też:
 „Lecz ludzi dobrej woli jest więcej 
i mocno wierzę w to, 
że ten świat 
nie zginie nigdy dzięki nim."



Czytaj dalej...

Rój - Laline Paull

Po lekturze „Historii pszczół” Mai Lunde z niecierpliwością oczekiwałam momentu, aż dane mi będzie przeczytać kolejną książkę o tych miododajnych owadach. Nie mogłam więc nie przeczytać „Roju” Laline Paull, powieści w zaskakujący sposób opisujące życie Apis mellifera.

Świątecznie! :D

Flora 717 jest pszczołą o najniższym statusie w hierarchii ula. Jej zadaniem, tak jak i całego jej rodu, jest sprzątanie oczyszczanie ula z wszelkich nieczystości. Zlecane im zadania są często wręcz upokarzające, ale czego się nie robi dla swojej Matki, Sióstr i dla trzech najważniejszych zasad: Porządek, Służba, Posłuszeństwo.  Jednakże Flora jest inna. Posiada dar mowy i jest na tyle silna, aby służyć nawet jako Zbieraczka. Skrywa też inne sekrety, które narażą ją na wiele niebezpieczeństw. Ale kiedy wśród Sióstr zapanuje niezgoda, jako jedyna będzie w stanie podjąć próbę ratowania Roju.
„Rój” został określony jako „Folwark zwierzęcy” XXI wieku. Ta krótka opinia na okładce jako pierwsza rzuciła mi się w oczy. Z tym większym zapałem podeszłam do lektury. Spodziewałam się bowiem orwellowskiej analizy systemu czy obnażenia wadliwych mechanizmów jakiś struktur społecznych. I muszę przyznać, że na tym się zawiodłam. Bunt, jaki zapanował w ulu, oraz gry i manipulacje prowadzone przez poszczególne rody pszczół nie mają, jak dla mnie, odniesienia do świata człowieka. Są jedynie spersonifikowanym opisem instynktownym działań pszczół w sytuacjach zagrożenia.

Ale, z drugiej strony, to uosobienie właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. Autorka z niezwykłą szczegółowością opisała życie w ulu, domniemane, ale jakże trafnie, emocje pszczół, ich reakcje na bodźce zewnętrzne, walkę o przetrwanie, miłość do Matki. Choć to ostatnie wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Rozumiem, jak wielką rolę w ulu odgrywa Królowa, ale parafrazowanie modlitwy Ojcze nasz na Matko Nasza wydaje mi się być przesadzone, a nawet bluźniercze. Nie mniej jednak, nadanie cech ludzkich owadom, w sposób przedstawiony w „Roju”, wydaje mi się niezwykle imponujący i pozwala czytelnikowi lepiej poznać pszczoły i spojrzeć na nie z mniejszego dystansu, bardziej osobiście. Może więc następnym razem uda się odróżnić pszczołę od osy i oszczędzić tą pierwszą kiedy wpadnie przez otwarte okno. Bo jej ciężka i niebezpieczna praca dla ludzkości jest nieoceniona. I niedoceniona.

Przyznam, że „Rój” czytało mi się dosyć ciężko. Może to wina tłumaczenia, ale opisy przyrody, ula i życia pszczół wydały mi się dosyć sztuczne, jakby kanciaste. Gdy teraz przeglądam książkę, niektóre porównania są zaskakujące i poetyckie. Ale przy czytaniu całości, skupiając się na fabule, bywało to drażniące. A może to nie tylko moja przypadłość, że przy szybkim czytaniu bezwiednie pomijam fragmenty, w których nie rozwija się akcja?

Myślę, że ta książka nie wszystkim przypadnie do gustu. Choć zebrała bardzo dobre recenzje i ja również chcę ją polecić. Ale nie z powodu walorów literackich, ale przekazu, jaki ze sobą niesie. Tak mało wiemy o pszczołach, że są nam niezbędne do życia. Chciałbym, aby „Rój” dotarł do jak największej ilości osób, zmieniał sposób patrzenia na świat i zapewniał tym małym prążkowanym dobroczyńcom szacunek od ludzkości.

Czytaj dalej...

Opium w rosole - Małgorzata Musierowicz

Nie chcę, żeby wstęp wyszedł dłuższy od właściwej części wpisu, więc swoją długą nieobecność na blogu ujmę w lakonicznym i dosyć popularnym ostatnio zdaniu: [przeczytać z westchnieniem i machnięciem ręką] Dużo się u mnie działo…  Ale taka właśnie jest prawda. Poza tym, pisałam tutaj trochę „na próbę”. Nie wyszło, ale chcę spróbować jeszcze raz.


Przyznam ze wstydem, że z nudów, w trakcie zajęć, zaczęłam pisać o „Drachu” Szczepana Twardocha. Ale chyba jednak sala wykładowa to nie najlepsze miejsce na tworzenie wpisów o książkach. A może po prostu wyszłam z wprawy…  Dlatego „Drach” odkładam na później, a wracam z „Opium w rosole” Małgorzaty Musierowicz.




Wydawałoby się, że o żadnej książce z serii „Jeżycjada” nie mogę napisać zgodnie z zamysłem bloga. Przypomnę, że „a vista” oznacza „na pierwszy rzut oka”, czyli przy pierwszym czytaniu. A ja każdą książkę w serii przeczytałam co najmniej kilkakrotnie. Jednakże każda kolejna lektura pozwala mi dostrzec w nich coś nowego. Tak było również, gdy kolejny raz czytałam „Opium w rosole”.

Jest rok 1983. Genowefa Bombke vel Pompke vel Trombke, brzydka zasmarkana kilkuletnia dziewczynka w poplamionych rajstopkach puka do wybranych drzwi mieszkań w jeżyckich kamienicach. Ufnie wkracza w życie zamieszkujących je rodzin i zajada się prostymi domowymi obiadkami. Wyboru dokonuje z rozmysłem i po uprzednich obserwacjach. Idzie tam, gdzie dostanie nie tylko coś smacznego, ale również zostanie obdarowana czułością, zainteresowaniem i uśmiechem. I sama odwdzięcza się tym samym. Jest płomyczkiem rozpalającym nadzieję i głęboko ukryte pokłady miłości w sercach zasmuconych obywateli trudnych czasów. Chociaż trudno w niej tę dobrą stronę dostrzec. Bo czasem łatwiej odepchnąć nieładną i uciążliwą istotkę, pogrążać się w smutku niż zdobyć się na dobry gest, uśmiech czy pozytywną myśl. Łatwiej zapaść we wszechobecny mrok niż codziennie wymieniać korki, gdy w całej kamienicy gaśnie światło. Zrobiło się rzewnie, ale i pompatycznie, choć niewiele zostało powiedziane. Mam tu na myśli tło historyczne. 

Wydaje mi się, że Musierowicz z rozmysłem przemilczała pewne sprawy, żeby stan wojenny nie opanował tej historii całkowicie. Dlatego też Geniusia odgrywa w niej tak ważną rolę. Jej dziecinne spostrzeżenia, strach przed hałasującym samolotem i niechęć do pana w telewizorze mówi nam więcej niż podręcznik do historii. Tak się o tym rozpisałam, bo po raz pierwszy zrozumiałam powód, dla którego u profesora Dmuchawca zamieszkała wnuczka, a nieobecność Ignacego Borejko jest taka wyraźna.

Ale nie może też zabraknąć wątku miłosnego! Tym razem strzała amorka ugodziła Janinę Krechowicz, zwaną Kreską, i, z małym opóźnieniem, Maćka Ogorzałkę. A to opóźnienie mogło ich sporo kosztować. Bo, nie wiedzieć czemu, mężczyźni dostrzegają najpierw pewne siebie złotowłose Matyldy, nawet jeśli są zwykłymi stągiewkami. Chłopcy łatwo dają się złapać na ich haczyki zapominając, że liczy się wnętrze. A takie najbogatsze mają Kreski. Choć zagubione, muszą sobie radzić własnymi siłami, i wydaje się, że los ciągle je krzywdzi, okazują się cudownymi, kochającymi istotami.

Jak to w powieściach Musierowicz, żeby połączyć właściwą parę, musi zajść szereg niespodziewanych i zabawnych sytuacji. Również w „Opium w rosole” nie brakuje nieprzewidzianych zdarzeń nasyconych ciepłem i humorem. Łysy dyrygent w operze, oblodzone schody do tegoż przybytku kultury czy znikanie korków elektrycznych pozornie pozostają bez związku. Jednakże na Roosvelta w Poznaniu wszystko jest możliwe i nie ma takiej przeszkody, której nie pokona szczera miłość.

Ta historia ma podobne działanie do tytułowego narkotyku. Ale, w przeciwieństwie do opium, nie powoduje negatywnych skutków ubocznych. Nie odbiera motywacji do działania (wręcz przeciwnie!), a jej przedawkowanie na pewno nie grozi śmiercią. Pozwala za to się odprężyć, daje poczucie błogości i zachęca do przemyślenia własnego życia.

Szczerze polecam tę pozycję, tak jak całą „Jeżycjadę” (o której mam nadzieję jeszcze tu napisać) i pozostałą twórczość Małgorzaty Musierowicz. Dla mnie są to książki, do których mogę wracać w każdej chwili. W znacznym stopniu mnie ukształtowały, są moim pocieszeniem i, swego rodzaju, łącznością z marzeniami. Sukcesywnie kompletuję całą serię (21 tomów) i czekam na ciąg dalszy! „Ciotka zgryzotka” już się piszę i mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo na nią czekać.

Czytaj dalej...

Samotna gwiazda - Paullina Simons

Czwórka przyjaciół: Chloe, Mason, Hannah i Blake to dwie pary, dwaj bracia i dwie najlepsze przyjaciółki. Właśnie kończą szkołę i planują spędzić wakacje w Barcelonie. Ich plany ulegają jednak zmianie i przyjaciele, aby osiągnąć swój cel, muszą przemierzyć Europę odwiedzając po drodze obóz zagłady z czasów II wojny światowej. Na ich drodze staje tajemniczy Johnny Rainbow. Pięknym głosem, szalonymi pomysłami i mroczną przeszłością miesza plany przyjaciół, a także łączące ich relacje.


Nie wiem, dlaczego spodziewałam się, że „Samotna Gwiazda” to powieść obyczajowa, albo nawet młodzieżowa, ale mająca szczytny cel przybliżenia czytelnikowi trudnego tematu obozów zagłady. Jednakże mam przykre wrażenie, że ten wątek został wykorzystany, aby przyciągnąć uwagę do książki, a bohaterom dać powód do tak nietypowej podróży. A może intencje były dobre, tylko ich realizacja, przy dziełach takich jak „Inny świat” Gustawa Herlinga – Grudzińskiego czy opowiadania Tadeusza Borowskiego, wydaje się śmieszna i niewystarczająca.

Ale zacznijmy od początku. Chyba nigdy nie czytałam książki, której już pierwsze strony wzbudziłyby we mnie taką irytację. Sposób rozmowy Chloe z rodzicami, jej wymuszanie zgody na nagły i niezaplanowany wyjazd, ich nielogiczne i przykre dla córki uzasadnianie odmowy sprawiało, że złość się we mnie gotowała.

Choć bliżej mi do wieku Chloe niż jej matki, i też miewam szalone pomysły, nie dałabym sobie zgody na spontaniczny wyjazd z przyjaciółmi w moim wieku na inny kontynent. Dlatego rozumiem matkę Chloe. Nie rozumiem jednak jej wrogości do córki i nieprzyjemnego sposobu rozmowy.

-Mamo, o co ten krzyk? Kiedy pojedziemy, będę miała osiemnaście lat. - Kiedy, nie jeśli. Świetny dobór słów! Mądra dziewczynka.
-Tak, to rozwiązuje wszystkie problemy. I w rozmowie ze mną nie używaj słowa kiedy, młoda damo.
Na pomoc dziewczynie przychodzi babcia Moody. Zgadza się dofinansować podróż przyjaciół pod warunkiem, że podróż rozpocznie się w Rydze, skąd babcia pochodzi. Na Łotwie również Chloe ma wybrać w sierocińcu chłopca, któremu jej rodzice będą pomagać, a może nawet go adoptują. Dalsza podróż ma prowadzić przez Treblinkę, gdzie przyjaciele złożą kwiaty ukochanemu Moody. Pozostały czas w Europie mogą dowolnie zaplanować. Tak zaczyna się ich podróż życia. Ale jedynie Blake jest pozytywnie nastawiony do zmieniających się okoliczności, typowych dla wszystkich wypraw. I też nie na długo. Przyjaciele, choć chcieli wiele w podróży się nauczyć, nie potrafią zainteresować się nowymi miejscami. Narzekają na drobne niewygody, nie chcą spróbować lokalnego jedzenia, a zwiedzanie ograniczają do kupowania pamiątek i siedzenia w kawiarniach. Brrr…! Koszmarni turyści w całej okazałości.

Bardzo mnie zdziwiło hasło na okładce, które chyba miało książkę reklamować. Ale jest jedynie antyreklamą PKP, bo autorka po podróży polskim pociągiem, zdaje się, nie ma dobrych wspomnień. Brudni, głośni i nieprzyjemni pasażerowie, alkoholowe libacje, gasnące światła i ogólny zły stan pociągu. Stereotypowość i przykra niesprawiedliwość uderzyły mnie tym bardziej, że czytając ten fragment… też jechałam polskim pociągiem. I moi współpasażerowie byli nieznośnie czyści, cisi i kulturalni, pociąg obrzydliwie schludny i sprawny, a co gorsza – wszyscy byli trzeźwi.

Największą atrakcją podróży, przynajmniej dla Chloe, okazał się przypadkowo poznany chłopak.  Z początku znienawidziła Johnny’ego, bez żadnego powodu. Jednak już chwilę później, gdy tylko usłyszała jego śpiew, jej uczucia odwróciły się o 180 stopni. Bez wahania porzuciła przyjaciół dla nieznajomego. I chociaż, ukrywając swoją tożsamość i liczne problemy, chłopak nie wzbudza zaufania a podejrzliwość, jest, niejako, symbolem wędrowca. Nie dba o sprawy przyziemne i nie zważa na niewygody. Skupia się na drugim człowieku, poświęca mu całą swoją uwagę. Jest otwarty i życzliwie zainteresowany. Fascynuje, ale budzi również smutek. Jest bowiem zagubiony w tym świecie, szuka swojego miejsca, błądzi jak dziecko we mgle.

Zakończenie książki mnie rozczarowało. Morał, jaki z niego wyczytałam, można by przedstawić następująco: nie warto podróżować. Przynosi to jedynie ból, zawód i cierpienie. Największą radość daje dostatnie życie, dom i rodzina. O ile z ostatnim stwierdzeniem można się zgodzić, to dwa pierwsze budzą mój zdecydowany sprzeciw.

Lista skarg i zażaleń jest długa, bo też duże oczekiwania miałam do tej książki. Jednakże mogę ją z czystym sumieniem polecić wszystkim poszukującym przyjemnej wakacyjnej lektury. Oraz tym, którzy nie lubią podróży. Aby mogli pozwiedzać nie ruszając się z miejsca i może do podróżowania się przekonać. Albo odetchnąć z ulgą, że w domu, w wygodnym fotelu, to jednak jest najlepiej.  

Czytaj dalej...

Smażone zielone pomidory - Fannie Flagg

Lata 30 i 40 ubiegłego wieku, miasteczko Whistle Stop w stanie Alabama. Otwierając kawiarnię, swoją działalność rozpoczyna Idgie Threadgoode, do której z czasem dołącza Ruth Jamison. Młode kobiety są przyjaciółkami i wspólnie wychowują kalekiego syna Ruth, zwanego Kikutkiem. Dla mieszkańców, kawiarnia Whistle Stop Cafe jest bardzo ważnym punktem w miasteczku. Tam spotykają się, mogą smacznie i tanio zjeść, obejrzeć zdjęcia dokumentujące najważniejsze wydarzenia w okolicy, a nawet obejrzeć meteoryt, który spadł na jeden z domów w miasteczku. Jednak nawet do prowincjalnego Whistle Stop dociera rzeczywistość. Murzyni, do tej pory żyjący w przyjaźni z mieszkańcami, są dyskryminowani i atakowanie przez Ku Klux Klan. Miasteczka nie omija też wojna, na której ginie wielu mężczyzn z okolicy. Ale i sama kawiarnia nie jest tak sielankowa, jakby się mogło zdawać. Skrywa sekret zaginięcia męża Ruth i tożsamości Kolejowego Billa, lokalnego Robin Hooda.


Wszystkie te historie poznajemy dzięki gadatliwej pensjonariuszce domu spokojnej starości, którą wysłuchuje Evelyn Couch, kobieta w średnim wieku, ciężko znosząca klimakterium. Opowieści te przeplatane są bezpośrednimi opisami wydarzeń z miasteczka w Alabamie oraz wpisami z lokalnej gazety.

To właśnie te ostatnie fragmenty wzbudziły we mnie największą sympatię. Pisane w żartobliwy sposób przez pracującą na poczcie Dot Weems, zawierają garść ogłoszeń i ploteczek oraz utyskiwań na irytującego męża samozwańczej dziennikarki. Zabawne i serdecznie skupione na codziennym życiu zwykłych mieszkańców, w doskonały sposób odzwierciedlają, nie zawsze kolorową, ówczesną Amerykę.

Z drugiej strony, opowieści snute przez panią Threadgoode w domu spokojnej starości wydawały mi się nieco męczące, tak jak ich autorka. Często rozpoczynała historię w zaskakującym momencie lub przez nietypowe skojarzenie. Szybko też zapominała o swojej słuchaczce i przenosiła się w minione chwile, przeżywając je ponownie. Wydaje mi się, że to właśnie przez taki chaotyczny sposób opowiadania, do końca miałam wątpliwości, kim byli niektórzy bohaterowie.

Książkę przeczytałam ledwo tydzień temu, ale już zdążyłam zapomnieć sporo z jej treści. Musiałam dokładnie ją przejrzeć, bo nawet nie pamiętałam imion głównych bohaterów. „Smażone zielone pomidory” to przyjemna i ciepła historia, ale krótko mówiąc – oprócz umilenia paru chwil, niewiele mi dała. Pozostawiła jednak ogromną ochotę, by skosztować tytułowej potrawy.
Czytaj dalej...
Czytane a vista © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka