Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

Wyjątkowi - Meg Wolitzer

Lata ’70 ubiegłego wieku. Letni obóz dla wybitnie uzdolnionej młodzieży co wieczór utula mgiełka palonej marihuany. Grupka uczestników spotyka się w jednym z tipi, nietypowym zakwaterowaniu dla obozowiczów, dyskutując na różne tematy, snując plany na przyszłość i poznając – innych, a także siebie.




Wśród nich jest pochodząca z ubogiej rodziny i będąca na obozie dzięki stypendium Jules. Ta niepewna siebie dziewczyna zyskuje odwagę stojąc na deskach sceny teatralnej. Tak rodzi się jej marzenie, aby zostać aktorką komediową. W tipi są również Ash i Goodman – rodzeństwo z bogatej i dobrze ustawionej rodziny. Los zgotował im świetlaną przyszłość, lecz ich życiorysy ułożą się skrajnie różnie. Ash, choć nie bez problemów i trudności, będzie wiodła dostatnie, a nawet luksusowe życie, z kochającym mężem, dziećmi i przyjaciółką Jules u boku, realizując swoją pasję. Goodman natomiast ściągnie na siebie kłopoty, przez które jego życie stanie się udręką dla niego samego i jego najbliższych. Ethan ćwiczy na obozie swoje wybitne zdolności rysownika. Pod okiem współpracownika Walta Disney’a tworzy swoje pierwsze filmy animowane i wygląda na to, że odniesie na tym polu ogromny sukces. Zaprzyjaźnia się również z Jules i Ash, i dla obu zostanie do końca życia bardzo ważną osobą. Tak samo jak Jonah, cichy, delikatny i skromny, uzdolniony muzycznie syn sławnej piosenkarki folkowej. Wśród ekipy  z tipi jest również Cathy – piękna tancerka, która przez zbyt kobiecą budowę ciała nie może realizować w pełni swojej pasji. Z tego samego powodu niebawem spotka ją traumatyczne przeżycie, po którym długo nie będzie mogła się pozbierać, i przez które straci obozowych „przyjaciół. No właśnie, czy można mianem przyjaciół nazwać grupę ludzi, która dla wygody własnego swojego sumienia, z niechęci do odkrycia prawdy i niesienia pomocy, odwróci się od tej młodej dziewczyny, żeby zająć się swoimi problemami? Czy można mówić o przyjaźni, jeśli ludzi połączył jedynie obóz letni we wczesnej młodości, a dzieli niemal wszystko: począwszy od statusu społecznego i wrażliwości, przez sukcesy życiowe, pasje i marzenia? O ile te przeszkody da się jeszcze pokonać, to zazdrość, zaślepienie własnymi żądzami, wygodnictwo oraz mniemanie o swojej wyjątkowości, powinny zniszczyć wszelkie dobre relacje, albo w ogóle nie dopuścić do ich nawiązania. Tak się jednak nie stało. Ich (specyficzna) przyjaźń przetrwała wiele i utrzymała tych ludzi razem na całe życie. Trwanie w takich niezdrowych relacjach może zaskakiwać, albo być dowodem na bezwarunkową miłość, lojalność i wytrwałość. Przyznam jednak, że o tej drugiej, optymistycznej wersji, pomyślałam dopiero pisząc ten tekst. Bo czytając „Wyjątkowych” zastanawiałam się raczej, czemu ta grupa, a zwłaszcza Jules z Ash, pozostaje w ogóle w kontakcie ze sobą, skoro ich relacje są tak męczące, albo po prostu zbędne.



Tyle się rozpisałam o charakterystyce bohaterów, bo to ona właściwie była głównym tematem książki. Gdyby ktoś poprosił mnie o streszczenie wydarzeń powieści, nie wiedziałabym co powiedzieć. Tyle drobnych spraw i sytuacji się w niej namnożyło, a jednak nic nie stało się zbyt istotne, ani nie stworzyło jakiejś całości. Na opisie z okładki możemy przeczytać, że to „uniwersalna opowieść”. I wydaje mi się, że ta uniwersalność to jedyne co ją definiuje, a nawet w pewien sposób przerasta – w nijakość.


Tę książkę Meg Wolitzer poleciłabym miłośnikom historii i kultury Nowego Jorku, a także okresu „dzieci kwiatów”. Te klimaty i aspekty są opisane w ciekawy i obrazowy sposób i mogą szczerze zainteresować. Myślę, że to właśnie dzięki nim (i próżnej nadziei, że „coś” się jednak wydarzy) dotrwałam w ogóle do końca. Przez większą część lektury miałam bowiem wrażenie, że tracę czas i niczego nie zyskuję. I choć nie  miałam co do „Wyjątkowych” wygórowanych oczekiwań, bo wcale nie planowałam czytać tej powieści, zawiodłam się. Zapewne to przypadek, że losowo wybrana książka mi się nie spodobała, ale być może to znak od Matki Wszystkich Czytelników, żeby lepiej planować, co zamierzamy czytać…? ;) 
Czytaj dalej...

Opium w rosole - Małgorzata Musierowicz

Nie chcę, żeby wstęp wyszedł dłuższy od właściwej części wpisu, więc swoją długą nieobecność na blogu ujmę w lakonicznym i dosyć popularnym ostatnio zdaniu: [przeczytać z westchnieniem i machnięciem ręką] Dużo się u mnie działo…  Ale taka właśnie jest prawda. Poza tym, pisałam tutaj trochę „na próbę”. Nie wyszło, ale chcę spróbować jeszcze raz.


Przyznam ze wstydem, że z nudów, w trakcie zajęć, zaczęłam pisać o „Drachu” Szczepana Twardocha. Ale chyba jednak sala wykładowa to nie najlepsze miejsce na tworzenie wpisów o książkach. A może po prostu wyszłam z wprawy…  Dlatego „Drach” odkładam na później, a wracam z „Opium w rosole” Małgorzaty Musierowicz.




Wydawałoby się, że o żadnej książce z serii „Jeżycjada” nie mogę napisać zgodnie z zamysłem bloga. Przypomnę, że „a vista” oznacza „na pierwszy rzut oka”, czyli przy pierwszym czytaniu. A ja każdą książkę w serii przeczytałam co najmniej kilkakrotnie. Jednakże każda kolejna lektura pozwala mi dostrzec w nich coś nowego. Tak było również, gdy kolejny raz czytałam „Opium w rosole”.

Jest rok 1983. Genowefa Bombke vel Pompke vel Trombke, brzydka zasmarkana kilkuletnia dziewczynka w poplamionych rajstopkach puka do wybranych drzwi mieszkań w jeżyckich kamienicach. Ufnie wkracza w życie zamieszkujących je rodzin i zajada się prostymi domowymi obiadkami. Wyboru dokonuje z rozmysłem i po uprzednich obserwacjach. Idzie tam, gdzie dostanie nie tylko coś smacznego, ale również zostanie obdarowana czułością, zainteresowaniem i uśmiechem. I sama odwdzięcza się tym samym. Jest płomyczkiem rozpalającym nadzieję i głęboko ukryte pokłady miłości w sercach zasmuconych obywateli trudnych czasów. Chociaż trudno w niej tę dobrą stronę dostrzec. Bo czasem łatwiej odepchnąć nieładną i uciążliwą istotkę, pogrążać się w smutku niż zdobyć się na dobry gest, uśmiech czy pozytywną myśl. Łatwiej zapaść we wszechobecny mrok niż codziennie wymieniać korki, gdy w całej kamienicy gaśnie światło. Zrobiło się rzewnie, ale i pompatycznie, choć niewiele zostało powiedziane. Mam tu na myśli tło historyczne. 

Wydaje mi się, że Musierowicz z rozmysłem przemilczała pewne sprawy, żeby stan wojenny nie opanował tej historii całkowicie. Dlatego też Geniusia odgrywa w niej tak ważną rolę. Jej dziecinne spostrzeżenia, strach przed hałasującym samolotem i niechęć do pana w telewizorze mówi nam więcej niż podręcznik do historii. Tak się o tym rozpisałam, bo po raz pierwszy zrozumiałam powód, dla którego u profesora Dmuchawca zamieszkała wnuczka, a nieobecność Ignacego Borejko jest taka wyraźna.

Ale nie może też zabraknąć wątku miłosnego! Tym razem strzała amorka ugodziła Janinę Krechowicz, zwaną Kreską, i, z małym opóźnieniem, Maćka Ogorzałkę. A to opóźnienie mogło ich sporo kosztować. Bo, nie wiedzieć czemu, mężczyźni dostrzegają najpierw pewne siebie złotowłose Matyldy, nawet jeśli są zwykłymi stągiewkami. Chłopcy łatwo dają się złapać na ich haczyki zapominając, że liczy się wnętrze. A takie najbogatsze mają Kreski. Choć zagubione, muszą sobie radzić własnymi siłami, i wydaje się, że los ciągle je krzywdzi, okazują się cudownymi, kochającymi istotami.

Jak to w powieściach Musierowicz, żeby połączyć właściwą parę, musi zajść szereg niespodziewanych i zabawnych sytuacji. Również w „Opium w rosole” nie brakuje nieprzewidzianych zdarzeń nasyconych ciepłem i humorem. Łysy dyrygent w operze, oblodzone schody do tegoż przybytku kultury czy znikanie korków elektrycznych pozornie pozostają bez związku. Jednakże na Roosvelta w Poznaniu wszystko jest możliwe i nie ma takiej przeszkody, której nie pokona szczera miłość.

Ta historia ma podobne działanie do tytułowego narkotyku. Ale, w przeciwieństwie do opium, nie powoduje negatywnych skutków ubocznych. Nie odbiera motywacji do działania (wręcz przeciwnie!), a jej przedawkowanie na pewno nie grozi śmiercią. Pozwala za to się odprężyć, daje poczucie błogości i zachęca do przemyślenia własnego życia.

Szczerze polecam tę pozycję, tak jak całą „Jeżycjadę” (o której mam nadzieję jeszcze tu napisać) i pozostałą twórczość Małgorzaty Musierowicz. Dla mnie są to książki, do których mogę wracać w każdej chwili. W znacznym stopniu mnie ukształtowały, są moim pocieszeniem i, swego rodzaju, łącznością z marzeniami. Sukcesywnie kompletuję całą serię (21 tomów) i czekam na ciąg dalszy! „Ciotka zgryzotka” już się piszę i mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo na nią czekać.

Czytaj dalej...

Samotna gwiazda - Paullina Simons

Czwórka przyjaciół: Chloe, Mason, Hannah i Blake to dwie pary, dwaj bracia i dwie najlepsze przyjaciółki. Właśnie kończą szkołę i planują spędzić wakacje w Barcelonie. Ich plany ulegają jednak zmianie i przyjaciele, aby osiągnąć swój cel, muszą przemierzyć Europę odwiedzając po drodze obóz zagłady z czasów II wojny światowej. Na ich drodze staje tajemniczy Johnny Rainbow. Pięknym głosem, szalonymi pomysłami i mroczną przeszłością miesza plany przyjaciół, a także łączące ich relacje.


Nie wiem, dlaczego spodziewałam się, że „Samotna Gwiazda” to powieść obyczajowa, albo nawet młodzieżowa, ale mająca szczytny cel przybliżenia czytelnikowi trudnego tematu obozów zagłady. Jednakże mam przykre wrażenie, że ten wątek został wykorzystany, aby przyciągnąć uwagę do książki, a bohaterom dać powód do tak nietypowej podróży. A może intencje były dobre, tylko ich realizacja, przy dziełach takich jak „Inny świat” Gustawa Herlinga – Grudzińskiego czy opowiadania Tadeusza Borowskiego, wydaje się śmieszna i niewystarczająca.

Ale zacznijmy od początku. Chyba nigdy nie czytałam książki, której już pierwsze strony wzbudziłyby we mnie taką irytację. Sposób rozmowy Chloe z rodzicami, jej wymuszanie zgody na nagły i niezaplanowany wyjazd, ich nielogiczne i przykre dla córki uzasadnianie odmowy sprawiało, że złość się we mnie gotowała.

Choć bliżej mi do wieku Chloe niż jej matki, i też miewam szalone pomysły, nie dałabym sobie zgody na spontaniczny wyjazd z przyjaciółmi w moim wieku na inny kontynent. Dlatego rozumiem matkę Chloe. Nie rozumiem jednak jej wrogości do córki i nieprzyjemnego sposobu rozmowy.

-Mamo, o co ten krzyk? Kiedy pojedziemy, będę miała osiemnaście lat. - Kiedy, nie jeśli. Świetny dobór słów! Mądra dziewczynka.
-Tak, to rozwiązuje wszystkie problemy. I w rozmowie ze mną nie używaj słowa kiedy, młoda damo.
Na pomoc dziewczynie przychodzi babcia Moody. Zgadza się dofinansować podróż przyjaciół pod warunkiem, że podróż rozpocznie się w Rydze, skąd babcia pochodzi. Na Łotwie również Chloe ma wybrać w sierocińcu chłopca, któremu jej rodzice będą pomagać, a może nawet go adoptują. Dalsza podróż ma prowadzić przez Treblinkę, gdzie przyjaciele złożą kwiaty ukochanemu Moody. Pozostały czas w Europie mogą dowolnie zaplanować. Tak zaczyna się ich podróż życia. Ale jedynie Blake jest pozytywnie nastawiony do zmieniających się okoliczności, typowych dla wszystkich wypraw. I też nie na długo. Przyjaciele, choć chcieli wiele w podróży się nauczyć, nie potrafią zainteresować się nowymi miejscami. Narzekają na drobne niewygody, nie chcą spróbować lokalnego jedzenia, a zwiedzanie ograniczają do kupowania pamiątek i siedzenia w kawiarniach. Brrr…! Koszmarni turyści w całej okazałości.

Bardzo mnie zdziwiło hasło na okładce, które chyba miało książkę reklamować. Ale jest jedynie antyreklamą PKP, bo autorka po podróży polskim pociągiem, zdaje się, nie ma dobrych wspomnień. Brudni, głośni i nieprzyjemni pasażerowie, alkoholowe libacje, gasnące światła i ogólny zły stan pociągu. Stereotypowość i przykra niesprawiedliwość uderzyły mnie tym bardziej, że czytając ten fragment… też jechałam polskim pociągiem. I moi współpasażerowie byli nieznośnie czyści, cisi i kulturalni, pociąg obrzydliwie schludny i sprawny, a co gorsza – wszyscy byli trzeźwi.

Największą atrakcją podróży, przynajmniej dla Chloe, okazał się przypadkowo poznany chłopak.  Z początku znienawidziła Johnny’ego, bez żadnego powodu. Jednak już chwilę później, gdy tylko usłyszała jego śpiew, jej uczucia odwróciły się o 180 stopni. Bez wahania porzuciła przyjaciół dla nieznajomego. I chociaż, ukrywając swoją tożsamość i liczne problemy, chłopak nie wzbudza zaufania a podejrzliwość, jest, niejako, symbolem wędrowca. Nie dba o sprawy przyziemne i nie zważa na niewygody. Skupia się na drugim człowieku, poświęca mu całą swoją uwagę. Jest otwarty i życzliwie zainteresowany. Fascynuje, ale budzi również smutek. Jest bowiem zagubiony w tym świecie, szuka swojego miejsca, błądzi jak dziecko we mgle.

Zakończenie książki mnie rozczarowało. Morał, jaki z niego wyczytałam, można by przedstawić następująco: nie warto podróżować. Przynosi to jedynie ból, zawód i cierpienie. Największą radość daje dostatnie życie, dom i rodzina. O ile z ostatnim stwierdzeniem można się zgodzić, to dwa pierwsze budzą mój zdecydowany sprzeciw.

Lista skarg i zażaleń jest długa, bo też duże oczekiwania miałam do tej książki. Jednakże mogę ją z czystym sumieniem polecić wszystkim poszukującym przyjemnej wakacyjnej lektury. Oraz tym, którzy nie lubią podróży. Aby mogli pozwiedzać nie ruszając się z miejsca i może do podróżowania się przekonać. Albo odetchnąć z ulgą, że w domu, w wygodnym fotelu, to jednak jest najlepiej.  

Czytaj dalej...

Smażone zielone pomidory - Fannie Flagg

Lata 30 i 40 ubiegłego wieku, miasteczko Whistle Stop w stanie Alabama. Otwierając kawiarnię, swoją działalność rozpoczyna Idgie Threadgoode, do której z czasem dołącza Ruth Jamison. Młode kobiety są przyjaciółkami i wspólnie wychowują kalekiego syna Ruth, zwanego Kikutkiem. Dla mieszkańców, kawiarnia Whistle Stop Cafe jest bardzo ważnym punktem w miasteczku. Tam spotykają się, mogą smacznie i tanio zjeść, obejrzeć zdjęcia dokumentujące najważniejsze wydarzenia w okolicy, a nawet obejrzeć meteoryt, który spadł na jeden z domów w miasteczku. Jednak nawet do prowincjalnego Whistle Stop dociera rzeczywistość. Murzyni, do tej pory żyjący w przyjaźni z mieszkańcami, są dyskryminowani i atakowanie przez Ku Klux Klan. Miasteczka nie omija też wojna, na której ginie wielu mężczyzn z okolicy. Ale i sama kawiarnia nie jest tak sielankowa, jakby się mogło zdawać. Skrywa sekret zaginięcia męża Ruth i tożsamości Kolejowego Billa, lokalnego Robin Hooda.


Wszystkie te historie poznajemy dzięki gadatliwej pensjonariuszce domu spokojnej starości, którą wysłuchuje Evelyn Couch, kobieta w średnim wieku, ciężko znosząca klimakterium. Opowieści te przeplatane są bezpośrednimi opisami wydarzeń z miasteczka w Alabamie oraz wpisami z lokalnej gazety.

To właśnie te ostatnie fragmenty wzbudziły we mnie największą sympatię. Pisane w żartobliwy sposób przez pracującą na poczcie Dot Weems, zawierają garść ogłoszeń i ploteczek oraz utyskiwań na irytującego męża samozwańczej dziennikarki. Zabawne i serdecznie skupione na codziennym życiu zwykłych mieszkańców, w doskonały sposób odzwierciedlają, nie zawsze kolorową, ówczesną Amerykę.

Z drugiej strony, opowieści snute przez panią Threadgoode w domu spokojnej starości wydawały mi się nieco męczące, tak jak ich autorka. Często rozpoczynała historię w zaskakującym momencie lub przez nietypowe skojarzenie. Szybko też zapominała o swojej słuchaczce i przenosiła się w minione chwile, przeżywając je ponownie. Wydaje mi się, że to właśnie przez taki chaotyczny sposób opowiadania, do końca miałam wątpliwości, kim byli niektórzy bohaterowie.

Książkę przeczytałam ledwo tydzień temu, ale już zdążyłam zapomnieć sporo z jej treści. Musiałam dokładnie ją przejrzeć, bo nawet nie pamiętałam imion głównych bohaterów. „Smażone zielone pomidory” to przyjemna i ciepła historia, ale krótko mówiąc – oprócz umilenia paru chwil, niewiele mi dała. Pozostawiła jednak ogromną ochotę, by skosztować tytułowej potrawy.
Czytaj dalej...

Dom dzienny, dom nocny - Olga Tokarczuk

Niespieszna codzienność dolnośląskiej wsi. Życie i problemy sąsiadów i okolicznych mieszkańców. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Jawa i sen.




Olga Tokarczuk w "Domu dziennym, domu nocnym" prezentuje kolekcję skrawków życia rozmaitych osób: sąsiadki perukarki, zdumiewającej zarówno główną bohaterkę - narratorkę, jak i czytelników przebłyskami starczej mądrości.
"-Wcale nie trzeba wychodzić z domu, żeby poznać świat - powiedziała nagle Marta (...). W podróżach trzeba zajmować się sobą, żeby dać sobie radę, patrzeć na siebie i na to, jak pasuje się do świata. (...) W podróżach zawsze w końcu natyka się na siebie, jakby samemu było ich celem. We własnym domu po prostu się jest (...). Można siebie samego zawiesić na kołku, a wtedy widzi się więcej." 
Lokalnej legendarnej świętej Kummernis i mnicha Paschalisa, spisującego jej historię. Ergo Sum - nauczyciela w gimnazjum, który w czasie wojny zjadł człowieka, więc, według Platona, musi stać się wilkiem. Wróżbity z utęsknieniem wyglądającego końca świata, historie końca małżeństwa, samobójstwa i zawiedzionej miłości. Ogromny ładunek smutku, żalu, rozczarowania i beznadziei ludzkiego życia. Ale z drugiej strony - ogromna zmysłowość opisów, wręcz synestezyjna. Zdumienie przyrodą, światem, czasem, ludzką pamięcią.
"Noc nie jest tak ciemna, jak się o niej mówi. Ma w sobie łagodniejsze światła, które płyną z nieba do gór i dolin. Ziemia też świeci. (...) Tylko w prawdziwych ciemnościach widoczne staje się światło ziemi."
To właśnie rozświetla mroki w tym dziele i nadaje mu lekkości. Nie bez przyczyny więc "Dom dzienny, dom nocny" jest uznany za największe osiągnięcie prozatorskie Olgi Tokarczuk.

Dla mnie było to pierwsze spotka nie z twórczością autorki. Ale na pewno nie ostatnie. Choć na początku czytanie szło mi opornie, to z czasem poczułam klimat i styl opowiadania, i zachłannie połykałam kolejne fragmenty, czasem tylko zatrzymując się i smakując wybraną frazę.
"Gdy nadchodziła burza, źdźbła traw stawały się nagle ostre, siano w kopkach robiło się szorstkie, kolce róż i jeżyn darły podmuchy wiatru na cienkie pasemka. (...) Świat ciemniał, wszelka jasność cofała się pospiesznie, a potem nagle ostatkiem sił skupiała się w błyskawice i waliła w ciemność od środka"
 Książkę polecam szczególnie tym, którzy szukają intelektualnej rozrywki i niezwykłych literackich wrażeń.

Czytaj dalej...

Historia pszczół - Maja Lunde

Trzy pszczele historie. Pasja, praca, przeznaczenie. Przepełniony goryczą i rozczarowaniem angielski XIX-wieczny naukowiec; współczesny nam amerykański pszczelarz-przedsiębiorca traktujący swoje pszczele rodziny z ogromną czułością; Chinka żyjąca w 2098 roku - musi zastępować pszczoły, choć wcale się do tego nie nadaje. 





Czytaj dalej...
Czytane a vista © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka